Bodø: o chłopczyku malującym zorzę
Bodø to norweskie miasto portowe leżące za kołem podbiegunowy. Dzięki swojemu położeniu i tanim połączeniom lotniczym znane jest łowcom zorzy polarnej. Chcesz dowiedzieć się jak spędzić miło czas w tym przepełnionym muralami miasteczku oraz jak ułatwić sobie polowanie na Aurora borealis?
BODØ, zorza polarna, aurora borealis, północ, tanie linie, zima, skandynawia, koło podbiegunowe, łapanie zorzy, polowanie na zorzę, światła północy
51580
post-template-default,single,single-post,postid-51580,single-format-standard,eltd-core-1.1.3,borderland-theme-ver-2.2,ajax_fade,page_not_loaded,paspartu_enabled,paspartu_on_bottom_fixed,grid_800, vertical_menu_with_scroll,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.5,vc_responsive
 
o chłopczyku malującym zorzę

Bodø: o chłopczyku malującym zorzę

O tym czy warto odwiedzić Norwegię zimą i jak sobie pomóc w poszukiwaniu zorzy.

Bardzo długo zbieraliśmy się do wpisu na temat naszego wypadu do Norwegii. Przede wszystkim dlatego, że ten wypad był odrobinę inny niż większość naszych wycieczek. Nie wymagał wielkiego planowania, rozpoznawania tematu ani szykowania odpowiedniego sprzętu. Dla mnie to pierwsza styczność z tym północnym krajem. Marcin zwiedził sporą część Norwegii kilka lat temu z ekipą Złombola i miał już na temat tego regionu dobrze wyrobione zdanie. Bilety na wyjazd pod koniec stycznia kupiliśmy jeszcze latem 2019. Cel wyjazdu już wtedy był jeden – zobaczyć znowu zorzę polarną!

Norweskie Bodø, stolica regionu Nordland, leży na 67° szerokości geograficznej północnej. Taka lokalizacja plasuje miasto w mocnej grupie destynacji, które umożliwiają zobaczenie w sezonie zimowym cudu natury jakim jest zorza polarna, Marcin upiera się, że cud fizyki bardziej tutaj pasuje. Niemniej taka lokalizacja to również gwarancja mocno ograniczonych godzin “dziennych” i niespokojnych warunków atmosferycznych. Na szczęście na to wszystko byliśmy przygotowani. No prawie… 

Do Bodø polecieliśmy z Gdańska, oczywiście liniami WizzAir. Na miejscu wypożyczyliśmy samochód. Bez niego nie mielibyśmy możliwości wieczornych eskapad w poszukiwaniu zorzy. Lotnisko w Bodø jest bardzo małe i poza nielicznymi połączeniami zagranicznymi lądują tam przede wszystkim loty krajowe, łączące miasto z resztą kraju.

Miasteczko jest raczej mikroskopijne, całe jego centrum można przejść w kwadrans. Dlatego wypożyczone auto było dla nas ratunkiem, bo dzięki niemu mogliśmy wymykać się w ciągu dnia poza miasto i zwiedzać okolicę. Ale zacznijmy od początku…

Do Bodø przylecieliśmy w środę po południu. W zasadzie tuż po przylocie w mieście zapadł zmrok. Zabraliśmy auto z wypożyczalni i pojechaliśmy do naszego hotelu w centrum miasta. Tak hotelu… Jak zapewne wiecie, Norwegia to bardzo drogi kraj, a my lubimy podróżować za rozsądne pieniądze. Tym razem udało nam się znaleźć ofertę hotelu*** ze śniadaniem w samym Bodø. Koszt hotelu był praktycznie ten sam co domki bez wyżywienia na kempingu. Chodziło nam głównie o to śniadanie, bo taki szwedzki stół był ogromnym ratunkiem dla budżetu i naszych żołądków. Poza tym zabraliśmy ze sobą liofilizaty, które przygotowywaliśmy sobie w hotelu codziennie na obiad. W tym kraju chyba tylko Norwegom nie jest szkoda wydawać kroci na jedzenie w knajpach. No dobra, kilka razy wybraliśmy się do supermarketu po zestaw na przetrwanie czyli norweski karmelowy ser Brunost, chleb i sałatka ziemniaczaną, wydając przy tym po kilkadziesiąt złotych na raz. Niestety ceny to jedyna rzecz, która odstrasza od Norwegii więc żeby przetrwać za rozsądne pieniądze trzeba sobie jakoś radzić i nie wybrzydzać. #PolakiCebulaki 🙂 

Tak czy siak po zakwaterowaniu w pokoju ucięliśmy sobie drzemkę po długiej podróży i około godziny 20 zaczęliśmy nerwowo sprawdzać prognozę na zorzę. My osobiście korzystaliśmy z aplikacji My Aurora Forecast link. Aplikacja udostępnia sporo ciekawych parametrów i na ich podstawie kalkuluje procentowe prawdopodobieństwo zobaczenia zorzy w Twojej aktualnej lokalizacji. Gdy apka zaczęła pokazywać 2-cyfrowy procent szans na sukces ubraliśmy się ciepło, zrobiliśmy herbatę w termos i ruszyliśmy przed siebie szukać miejsca z dala od cywilizacji.

Polowanie na zorzę polarną – poradnik dla początkujących napisany przez Marcina:

Zacznijmy od tego, że nie jestem profesjonalistą w tym temacie za jakiego uważa mnie Magda dlatego to co robię bardziej przypomina chodzenie po omacku niż realizacja konkretnego planu. Mam jednak kilka rozwiązań i technik z których korzystam i chętnie się nimi z Wami podzielę. Nie jest to wiedza naukowa więc jeśli jesteś fizykiem lub chciałbyś pisać pracę naukową to nie czytaj tego bo spalę się ze wstydu 😉

Kiedy

Aby zobaczyć zorzę polarną musi być ciemno dlatego najlepszym okresem na obserwacje na naszej półkuli jest okres od października do kwietnia. Przy określaniu terminu wyjazdu warto też zwrócić uwagę na fazę księżyca poniewaz jasne światło księżyca może utrudnić obserwacje. Kolejny czynnik to pogoda, która potrafi wszystko zepsuć – niestety zorzy nie widać przez chmury. No i na koniec mamy jeszcze aktywność słońca, ale ona chyba jest jeszcze bardziej kapryśna niż pogoda. Przy czytaniu różnych prognoz zorzowych spotkacie się z Indeksem Kp, który (uwaga wiedza nienaukowa) opisuje intensywność zaburzeń pola magnetycznego Ziemi spowodowane przez wiatr słoneczny w skali od 0 do 9+. Im wyższa wartość indeksu tym większe prawdopodobieństwo zobaczenia zorze, a także większy obszar obserwacji:

Northern Lights KP Index Map – https://walkslowrunwild.com/

Przy bardzo wysokiej aktywności słonecznej zorza podobno widziana jest również w Polsce.

Poszukiwanie miejsca

Jak pewnie już widzieliście wcześniej i widać to na mapie załączonej u góry zorze najlepiej obserwować z północnej Skandynawii, Islandii, północnej Rosji, Alaski czy północnej części Kanady. Tylko co dalej. Zauważyłem tutaj bardzo dużą niszę bo uważam, że powinna powstać społeczna mapa z zaznaczonymi lokacjami atrakcyjnymi pod kątem oglądania zorzy polarnej chyba, że ja po prostu jej nie znalazłem. Jak się tylko nauczę programować to sam stworzę taką platformę 🙂

Pozostaje nam improwizacja. Ja korzystam z dwóch narzędzi https://www.google.pl/maps i https://www.lightpollutionmap.info. Pierwsze pomaga znaleźć miejsca oddalone od cywilizacji, do których można w jakiś łatwy sposób dotrzeć. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na ukształtowanie terenu, widok będzie zdecydowanie lepszy z górki z ładną panoramą niż ze środka lasu, nawet jak znajdziemy tam polanę to zorzę zobaczymy tylko gdy będzie dokładnie nad nami, a to nie jest takie pewne. Druga aplikacja pomaga znaleźć miejsca, które są mniej zanieczyszczone światłem czyli niebo nie będzie podświetlone poprzez różnego rodzaju oświetlenie takie jak latarnie uliczne czy oświetlenie domów lub fabryk. Jeśli kiedyś próbowaliście porównać obserwowanie gwiazd w Warszawie i Bieszczadach to wiecie o czym tutaj mówię.

Robienie zdjęć

Co nam będzie potrzebne? Aparat, jasne szerokie szkło, stabilny statyw i komplet akumulatorów ponieważ niskie temperatury i długi czas naświetlania szybko drenują nasze źródło energii.

Do moich pierwszych zdjęć zorzy podszedłem jak do innych zdjęć nocnych. W celu uniknięcia szumów na zdjęciach ustawiałem niską czułość i ustawiałem długi czas naświetlania. Niestety okazało się, że nie tędy droga. Zorza jest bardzo dynamicznym zjawiskiem i warto spróbować uchwycić to na zdjęciach poprzez zwiększenie czułości do granic akceptowalnego zaszumienia i maksymalnie skrócić czas migawki. Na skrócenie czasu pozwoli nam też maksymalne otwarcie przysłony, dlatego marzy mi się stałka 20mm f1.4 i na przyszły sezon to chyba będzie mój zakup. 🙂 Wracając jeszcze do naświetlania zdjęcia wydaje mi się, że lepiej jak nasza zorza będzie trochę niedoświetlona bo łatwo to podciągnąć w obróbce, warto też wykonać drugie zdjęcie z dłuższym czasem, żeby móc wyciągnąć z niego tło.

Polowanie na zorzę w praktyce 

Pierwszego wieczoru niestety wycieczka nie przyniosła oczekiwanych efektów. Główną przyczyną było bardzo duże zachmurzenie i padający śnieg. Z czterech wieczorów, które mieliśmy do dyspozycji w Bodø prawdziwą ucztę mieliśmy drugiego dnia. Wtedy przez blisko 4h mieliśmy na niebie uroczy pokaz magii, którą wyprawiał wiatr słoneczny. Oczywiście zorza nie świeciła z taką samą intensywnością przez cały ten czas. Zmieniała się, znikała, pojawiała ponownie. Dwukrotnie zmienialiśmy również naszą lokalizację, żeby móc widzieć ją lepiej. Najwięcej czasu spędziliśmy wypatrując zorzy w Bremnes Fort, ale później przenieśliśmy się jeszcze w okolice zatoki Mjelle

Kolejnego wieczoru aplikacja nie pozostawiła nam złudzeń – 100% zachmurzenia i zero szans na zorzę w naszej okolicy – zostaliśmy więc w hotelu oglądać filmy na pewnej popularnej platformie internetowej VOD 🙂  Ostatniego wieczoru wybraliśmy się na spacer po mieście śladami lokalnego street artu. Gdy znaleźliśmy się pod uroczym muralem widocznym niżej, wierzyliśmy że dzisiaj ten chłopiec coś nam namaluje. Po raz kolejny zaczęliśmy nasze prawie rytualne wyjście z hotelu. Gdy w recepcji robiliśmy sobie herbatę, Pan z obsługi hotelowej uśmiechnął się wymownie i skomentował – “Każdego wieczoru robicie to samo” 🙂 Wtedy wytłumaczyliśmy mu co kryje się za naszymi wieczornymi wyjściami i  powrotami do hotelu w środku nocy. Był pełen podziwu do naszego zapału i znajomości tematu. Nam też zrobiło się miło i trochę ulżyło, że nie uważa nas za jakichś świrów, którzy włóczą się nocą po miasteczku w niewiadomym celu. Z ciepłą herbatą w termosie pojechaliśmy na parking przy Ronvikfjellet. Niestety chłopczyk z muralu nie pomógł nam tego wieczoru… 

Jak widzicie zorzy niestety nie da się przewidzieć ani zaplanować na zapas. Planując wyjazd z celem, takim jak nasz, trzeba być przygotowanym na ewentualne niepowodzenie. Z zorzą jest chyba trochę jak ze świecącym planktonem w Azji – trzeba mieć szczęście. Ale warto próbować i warto wiedzieć co robić, żeby zwiększyć swoje szanse na powodzenie. Dlatego polecam stosować się do zaleceń Marcina. 

Wracając do Bodø…

Samo miasteczko nie ma zbyt wielu atrakcji do zaoferowania. Latem jest to główny punkt wypadowy na archipelag Lofotów. Zimą, gdy dzień jest krótki i nie wszędzie można dotrzeć, możliwości jest mniej. Ale dużo zależy od naszych chęci i nastawienia.
My nie mając zupełnie planu na ten wyjazd i tak przeżyliśmy kilka fajnych przygód i udało nam się zebrać sporo ciekawych spostrzeżeń na temat Norwegii i Norwegów.

I tak dotarliśmy do:
    • Saltstraumen – to mała wioska położona nad cieśniną, w której występują jedne z najsilniejszych na świecie pływów morskich. Miejsce popularne wśród rybaków oraz wśród nurków. Zjawisko silnych pływów morskich nie jest widoczne z taką samą intensywnością non stop. Wszystko zależy od pór przypływów i odpływów. Nam się udało i trafiliśmy na świetną porę do podziwiania tego ciekawego zjawiska.
    • Zatoka w wiosce Mjellw – mała urokliwa wioska, położona około pół godziny drogi od miasta. Pierwszy raz dotarliśmy tutaj w nocy, drugiego dnia, gdy goniliśmy zorzę polarną. Postanowiliśmy tam wrócić i zobaczyć to miejsce w świetle dnia. Podczas naszego pobytu w regionie Nordland panował prawie cały czas żółty alert pogodowy ostrzegający o porywistym wietrze i dużych opadach śniegu. Nie zdawaliśmy sobie spraw z ryzyka tego ostrzeżenia dopóki nie utknęliśmy w głębokim śniegu na dosyć stromym wyjeździe z wioski Mjelle. Pamiętajcie – zimą do Mjelle najlepiej jechać autem z napędem 4×4. Jeśli takiego samochodu nie macie – polecamy zabranie szufli do odśnieżania i posypanie wjazdu żwirkiem podkradzionym z jednego z domów w wiosce lub wyjeżdżanie z wioski tyłem. My nie mieliśmy szufli więc posypanie drogi żwirem też niewiele dało. Za to po około godzinie różnych prób udało nam się wyjechać z Mjelle bez szwanku, jadąc oczywiście tyłem.
    • Keiservarden – szczyt góry położonej tuż za miastem z przepięknym widokiem na dalekie góry i fiordy. Szlak zaczyna się przy wspomnianym już Ronvikfjellet i prowadzi przez około godzinę prostym podejściem przez malownicze okolice. Trafiliśmy tam w sobotę wczesnym popołudniem. Na szlaku jak i w budce na samej górze było trochę jak na Krupówkach. Ale nic nas to nie dziwi. Norwegowie żyją w zgodzie z przyrodą i prowadzą bardzo aktywny tryb życia nawet zimą, gdy dni są krótkie, a Słońca mają tyle co kot napłakał. W domku na szczycie w skrzynkach na listy umieszczone są zeszyty, do których wpisywał się każdy odwiedzający to miejsce. Do dzisiaj zastanawiamy się z czym to jest związane i nic nam nie przychodzi do głowy. Może ktoś coś nam podpowie? 🙂

Norwegia zdecydowanie da się lubić także zimą! Nie mogę się doczekać żeby sprawdzić jak wciągająca jest latem i mam nadzieję, że szybko się o tym przekonam. Na koniec musimy Was jeszcze przestrzec przed najgorszą i najdroższą pizzą na świecie. Ponieważ postanowiliśmy, że jedną kolację zjemy jak cywilizowani Europejczycy w restauracji, wybraliśmy się do Peppe’s Pizza w centrum Bodø. Pizza nie jest mocną stroną Norwegów. Nie powtarzajcie naszego błędu. Po tej pizzy bolały nas nie tylko brzuchy ale i portfele. 🙂