Mikołajkowy Wiating na Babiej Górze
babia góra, wiating, ziu ziu, weekend, góry, trekking, śnieg, babiogórski, wiata
51149
post-template-default,single,single-post,postid-51149,single-format-standard,eltd-core-1.1.3,borderland-theme-ver-2.2,ajax_fade,page_not_loaded,paspartu_enabled,paspartu_on_bottom_fixed,grid_800, vertical_menu_with_scroll,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.5,vc_responsive
 

Mikołajkowy Wiating na Babiej Górze

Mikołajkowy Wiating na Babiej Górze

  galeria z wyjazdu

Nadszedł wyczekiwany przez Marcina mikołajkowy weekend na Babiej Górze. W piątkowe popołudnie ruszyliśmy samochodem w towarzystwie naszego kolegi Łukasza w stronę Zawoi. Po 6 godzinach dosyć nużącej podróży dotarliśmy pod wejście do Babiogórskiego Parku Narodowego. Warun zapowiadał nam pierwszy w tym roku poważny kontakt z zimą – na termometrze -3°C, pod nogami kilka centymetrów świeżego śniegu. Dołożyliśmy na siebie dodatkowe ciepłe warstwy ciuchów, zamontowaliśmy stuptuty i w drogę – przed nami 1h40min marszu zielonym szlakiem do Schroniska PTTK Markowe Szczawiny.

Inwersja

Mimo zapowiedzi mroźnej aury w trakcie przejścia w pewnym momencie maszerując żwawo pod górę, zauważyliśmy, że jest nam nietypowo ciepło. Nie była to tylko ciepłota ciała wywołana intensywną aktywnością, ale powiew ciepłego, niczym wiosennego wiatru. Patrzymy na wykaz z termometru, a tam +3°C… interesujące. Idziemy dalej pod górę, po śniegu ani śladu, a nam nadal towarzyszy ciepły wiatr. Sprawdzamy termometr – +6°C. Maksymalne wskazanie temperatury tego wieczoru to +7,3°C, a zjawisko które nam towarzyszyło to tzw. inwersja termiczna, czyli wzrost temperatury wraz z wzrostem wysokości.

video

Kilka dni wcześniej słyszeliśmy o tym zjawisku w polskich Tatrach, najwyraźniej w tym samym czasie to samo miało miejsce również w regionie Beskidu Żywieckiego. Po zakładanym czasie marszu dotarliśmy do uśpionego już schroniska. Nad nami rozpościerało się przepiękne gwiaździste  niebo, a w pokoju czekało na nas zamówione u opiekuna schroniska zimne piwko. Po relaksującym drinku szybko zasnęliśmy pod ciepłymi kocykami.

 

Rekonesans

Sobotni poranek rozpoczęliśmy bardzo powoli. Główną aktywność wyjazdu planowaliśmy dopiero na drugą część dnia. Na dodatek czekaliśmy jeszcze na wieści od Andrzeja, który ze znajomymi miał dołączyć dzisiaj do naszej trójki. Po śniadaniu postanowiliśmy wybrać się na rekonesans w stronę szczytu Babiej Góry. Po około 35 minutach marszu na lekko oblodzonym czerwonym szlaku dotarliśmy do Przełęczy Brona. Dzięki temu zaczęliśmy mentalne przygotowanie na popołudniowe podejście, które zapowiadało się raczej w silnym wietrze i bez pięknych widoków. W drodze powrotnej do schroniska Marcin zgubił swój mały statyw. Ten prawdopodobnie złośliwie odkręcił się od aparatu zawieszonego na plecach.

 

Wyprawa

Po powrocie do schroniska przepakowaliśmy nasze plecaki, zjedliśmy porządny ciepły obiad, żeby mieć zapas energii na trekking na szczyt i dojście do “naszej” chatki. Opuszczając schronisko  spotkaliśmy Andrzeja z jego znajomymi, ustaliliśmy o której godzinie zaczynamy się szukać na szlaku i ruszyliśmy jako pierwsi na naszą nocną przygodę. Było kilka minut przed godziną 15. Gdy weszliśmy kolejny raz tego dnia na Przełęcz Brona było jeszcze widno. W drodze na górę rozglądaliśmy się za zagubionym statywem, jednak bez sukcesu. Z przełęczy na szczyt została nam godzina drogi. Marsz w kosodrzewinach był bardzo przyjemny. Słyszeliśmy dudniący wiatr, ale otaczające nas wysokie krzewy skutecznie nas od niego osłaniały. W połowie drogi spotkaliśmy grupę schodzącą z góry, która ostrzegła nas, żeby na grani szczytu trzymać się kilka metrów od krawędzi bo strasznie mocno wieje. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze kilkanaście minut później gdy wyszliśmy z pasma kosodrzewiny. Nie wiem jak mocno wieje halny, ale tamtejsze porywy momentami chciały wyrwać mi kijki trekingowe, więc chyba wiało dość mocno. Jeszcze przez kilka chwil szliśmy przy dosyć przyzwoitej widoczności, ale gdy dotarliśmy do gołoborza prowadzącego na szczyt odpaliliśmy nasze czołówki.

 

 

Po kilku minutach jakby ktoś pstryknął wyłącznik światła i zrobiło się zupełnie ciemno. Do tego siła wiatru się wzmogła, a nawiewany śnieg zakrył oznaczenia szlaku. Przez niebezpiecznie silne porywy wiatru ledwo trzymałam się na nogach, nie widziałam gdzie idę. Marcin parł do przodu i nie słyszał mojego wołania. Łukasz był tuż za mną. Ani on, ani ja nie mieliśmy bladego pojęcia czy idziemy w dobrym kierunki. Ja przez chwilę myślałam, że jeśli zawieje ciut mocniej – wiatr zmiecie mnie na te skały po mojej prawej i połamię się spadając kilka metrów w zasadzie nie wiem w jakim kierunku. Chyba jeszcze nigdy nie czułam takiego psychicznego i fizycznego dyskomfortu w górach. Po chwili Marcin zawołał, że widzi już pomnik na szczycie góry i zaczął wspinać się w jego kierunku jeszcze szybciej. Ja nadal nic nie widziałam i nadal walczyłam o przetrwanie na nierównych i niepewnych kamieniach. Po chwili dostrzegłam wypłaszczenie i z trudem pocisnęłam ostatnie kilka kroków pod górę. Dotarliśmy na szczyt. Warun wcale się nie poprawił, nadal nic nie było widać. Łukasz zapytał Marcina gdzie są “nasze” wiaty – te były kolejne kilka minut marszu żółtym szlakiem w dół. Dostrzegliśmy ośnieżony słupek z oznaczeniami szlaków i żółtą strzałkę, ale jak w tej ciemności i pizgającym śniegu znaleźć początek szlaku? Nagle w niedalekiej odległości dostrzegliśmy dwa światełka z czołówek. Poszliśmy w ich kierunku. To był dobry kierunek. Dwóch chłopaków, których widzieliśmy wcześniej w schronisku szło od Słowackiej strony żółtym szlakiem więc wskazali nam gdzie iść i potwierdzili, że widzieli drewniane wiaty do których chcieliśmy dotrzeć. Po kilku minutach marszu w dół wiatr się zupełnie uspokoił. Weszliśmy znowu w kosodrzewinę, ale było sporo śniegu. Szlak nie był najlepiej oznaczony, ale łatwo było znaleźć drogę po śladach dwóch spotkanych piechurów. Po kilku minutach marszu w dół Marcin skręcił w krzaki i zawołał, że znalazł pierwszą wiatę. Trochę mi ulżyło, gdy przekonałam się, że one rzeczywiście tutaj są. Miałam już w głowie scenariusz powrotu przez górę do schroniska w zupełnej ciemności… 

Rozbicie biwaku

Chwilę odetchnęliśmy. Odczytaliśmy wiadomość od Andrzeja, że wyruszyli na szlak później niż zakładaliśmy. Odesłaliśmy im wiadomość, że na górze pizga złem, ale że jesteśmy już w pierwsze wiacie.

Ponieważ ta była ciut za ciasna jak na 6 osób zainteresowanych biwakiem postanowiliśmy zejść niżej i poszukać kolejnej. Po kilkunastu minutach w coraz głębszym śniegu dotarliśmy do kolejnego domku. Ten był sporo większy, ale to sprawiało, że mocniej hulał w nim wiatr. Nagraliśmy do Andrzeja kolejną wiadomość, że wracamy do pierwszej wiaty i poszliśmy z powrotem pod górę. Gdy dotarliśmy na miejsce, dosłownie po kilku minutach udało dodzwonić się do Andrzeja. Byli na szczycie. Marcin wyszedł oświecić im drogę. Cała trójka dotarła do nas bezpiecznie około 18. Dwójka towarzyszy Andrzeja miała ze sobą namiot i zdecydowali, że rozstawią go tuż obok wiaty. Czworo z nas będzie zatem spało w “domku”. Domek to zdecydowanie za duże słowo na drewnianą konstrukcję bez drzwi i ze “ścianami” o wątpliwej szczelności. Jak tylko ochłonęliśmy z ostatnich emocji zauważyliśmy, że przez szpary zawiewa nam śnieg, dlatego chłopcy przystąpili do działań konstrukcyjnych. Wykorzystaliśmy płachtę biwakową Andrzeja do izolacji jednej strony dachu, a znaleziona pod wiatą płachta NRC posłużyła za izolację ściany. Materiału izolacyjnego mieliśmy niestety za mało na całkowite osłonięcie nas i śpiworów od śniegu. Na całe szczęście tego wieczoru wiatr wiał w kierunku przeciwnym niż wejście do domku, więc nie nawiewało nam białego puchu prosto przez “drzwi”.

Celebracja

Gdy już zupełnie rozgościliśmy się w naszym królestwie, w naszych ciepłych puszystych śpiworkach była godzina 19. Przyszła pora na podsumowanie wieczoru. Stwierdziliśmy, że sporą głupotą było tak późne wyjście na szlak. Wiedzieliśmy jaki będzie warun i powinniśmy wcześniej przewidzieć, że na szczycie po ciemku może być tak nieprzyjemnie. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Żeby umilić wieczór szef kuchni zaczął podgrzewać w czajniczku grzane wino dla zgromadzonych gości. Na kolację podano bochenek chleb z aksamitnym pasztetem Profi. Zupełne zmęczenie przyszło około 22. Zgasiliśmy nasze czołówki i wszyscy poszli spać. Wszyscy poza mną. Ja nie zmrużyłam oka przynajmniej do 5 rano i wsłuchiwałam się w dudniący z różną siłą wiatr… 

Po prawie nieprzespanej nocy obudziłam się o 7:30 gdy do naszej chatki wszedł gotowy do wymarszu Tomek. Nasza ekipa wygramoliła się ze śpiworków ciut później. Był to dosyć długi proces, bo wymagał odtajania zmarzniętych butów i rękawiczek, i generalnie zebrania w sobie chęci do wyjścia z niezawodnie ciepłych śpiworków. Tak jak przez całą noc wiatr był bardzo zmienny, czasami było spokojnie, a czasami aż było go widać w postaci płatków śniegu wciskających się do naszego domku przez każdą możliwą dziurę, rano wiał już jednostajnie i wcale nie słabiej niż wczoraj.

Poranek

Gdy wyjrzeliśmy na zewnątrz  okazało się, że obudziliśmy się w bajkowej, białej krainie. Dobrze, że ostatnio nadrobiłam kinowe hity i obejrzałam Frozen więc wiem, że nie było jak w bajce, było zdecydowanie ładniej 🙂 

Niestety na szczycie nadal “pizgało złem”, a my musieliśmy przez niego przejść, żeby wrócić bezpiecznie do schroniska. Około 9:20 zebraliśmy swoje obozowisko i ruszyliśmy pod górę. Wiedzieliśmy, że czeka nas około 40 minut marszu w przeszywającym wietrze, a później to już jak spacer po parku.  Byle dotrzeć do kosodrzewiny. Na szczycie dzisiaj wiało chyba jeszcze silniej niż wczoraj. Jedyny plus sytuacji był taki, że dla odmiany widzieliśmy gdzie idziemy. Gdy dotarliśmy do pasma krzewów poczuliśmy jakbyśmy znaleźli się znowu w innym świecie. Było bajkowo biało, śnieg był świeży i puszysty. Na przełęczy widać było nawet promienie słońca oświetlające zbocza po drugiej stronie doliny. Gdy chłopcy próbowali uchwycić ten miły moment w swoich aparatach, ja zaczęłam powoli schodzić w dół. Kilka stopni niżej na ośnieżonych schodkach siedziała kilkuosobowa ekipa dorosłych i dzieci. Andrzej wdał się z nimi w pogawędkę o warunkach na szczycie góry. W pewnej chwili Łukasz zawołał donośnie “Marcin!!!”, a ja skomentowałam – “Wołasz go jakbyś znalazł jego statyw”, na co jeden z członków spotkanej ekipy – “Statyw!? My znaleźliśmy statyw”. I tak o to do Marcina wróciła jego zguba, a my po zejściu z przełęczy wróciliśmy bezpiecznie do schroniska, gdzie czekały na nas zimne piwo, bezlik frytek, przepyszne naleśniki i najważniejsze – szczelne ściany, dach i ogrzewanie. Zabawa w wiating była fajna, ale Jędza – nowy tytuł dla Babiej Góry, udowodniła po raz kolejny, że jest nieprzewidywalną i trochę nieprzyjemną górą.

Czy to już nasz ostatni zimowy biwak?

Czy będziemy chcieli powtórzyć taką przygodę? Marcin z Andrzejem z pewnością, byli zachwycenie i wcale nie zauważali niebezpieczeństw, które ja widziałam. Dla mnie będzie to trudna decyzja, a Łukasz niby nienawidził Marcina cały sobotni wieczór, ale w niedzielę już mu przeszło więc być może uda się namówić na kolejny wiating.

Edit: jest tydzień po wiatingu na Babiej, a Łukasz pyta się czy zrobimy biwakowanie na Śnieżniku w Sylwestra 🙂

 

Chciałbym podkreślić, że tekst jest napisany z perspektywy Madzi, która pierwszy raz wybrała się na tego typu aktywność. Uważam, że ani przez chwilę nie było niebezpiecznie, a zarówno szczyt jak i wiaty były dokładnie tam gdzie miały być 🙂 | Giersiu