Tour du Mont Blanc w 11, 9 a może jednak 8 dni?! | ZiuZiu
Opis przejścia, piękne zdjęcia, dużo porad, budżet, rozpisany ekwipunek i wiele innych cenny informacji, które ułatwią samodzielną organizację trekkingu na Tour du Mont Blanc.
Tour du Mont Blanc, TMB, trekking, alpy, Chamonix, opis, przejście, trasa, dach europy, góry, włochy, szwajcaria, francja, opis, ekwipunek, sprzęt, turystyka
50598
post-template-default,single,single-post,postid-50598,single-format-standard,eltd-core-1.1.3,borderland-theme-ver-2.2,ajax_fade,page_not_loaded,smooth_scroll,paspartu_enabled,paspartu_on_bottom_fixed, vertical_menu_with_scroll,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.5,vc_responsive
 
Jak wygląda przejście jednej z najpiękniejszych tras trekkingowych w Europie.

Tour du Mont Blanc w 11, 9 a może jednak 8 dni?!

Przejście prawie dwustu kilometrowego szlaku w górach o całkowitej różnicy przewyższeń ponad 10 km, z wypchanymi po brzegi plecakami, z perspektywą spania w namiocie i jedzenia owsianki z torebki przez tydzień na śniadanie. Czy to dobry plan na spędzenie wakacyjnego urlopu? Według mnie idealny, a Marcin nie ma wyboru, musi się z tym zgodzić 🙂

Tour du Mont Blanc – według oficjalnego  przewodnika to 167-kilometrowa trasa przebiegająca przez Francję, Włochy i Szwajcarię wokół majestatycznego masywu najwyższej góry w Europie. Dlaczego według oficjalnych przewodników to 167 km, a według wskazań zegarków sportowych Garmina aż 190 km? 😀 Tego nie wiem.

Jak to wszystko się zaczęło?

Pomysł pokonania TMB był mój. Trasę polecali mi znajomi, którzy zakochali się w tym szlaku kilka lat wcześniej i wielokrotnie opowiadali o fantastycznym doświadczeniu i cudownych widokach towarzyszących przez cały trekking. 

Marcin na początku był dosyć sceptyczny, ale wystarczyło pokazać mu kilka zdjęć i powolutku w jego głowie zaczęła kiełkować chęć przejścia szlaku. Temat zaczęliśmy drążyć już wczesną wiosną, ale najważniejsze przygotowania ruszyły na miesiąc przed wyjazdem. Ze względu na ograniczenia urlopowe musieliśmy dosyć sztywno określić ramy czasowe wyjazdu. Padło na drugą połowę lipca. Oficjalnie szlak jest dostępny dla piechurów od połowy czerwca do połowy września. Podobno najbardziej tłoczno jest w sierpniu, kiedy to ultrabiegacze z całego świata szlifują formę przed UTMB – najsłynniejszym biegiem trailowym w Europie, którego szlak pokrywa się dokładnie z tą trasą. Sam festiwal biegowy UTMB odbywa się pod koniec sierpnia. 

Wybierając termin urlopu liczyliśmy na pomyślną aurę i taka też nam się przytrafiła. Spakowane w plecakach ciuchy przeciwdeszczowe przydały nam się jedynie przez 57 z 10728 spędzonych na szlaku minut. Deszcz zaczął padać na dosłownie godzinę przed zejściem na parking do samochodu. Przez cały czas towarzyszyła nam przecudowna pogoda i bezchmurne niebo. Musimy tutaj podkreślić, że to co ja nazywam cudowną pogodą niekoniecznie pokrywa się z definicją Marcina. Trafiliśmy chyba na największą falę upałów w tamtej okolicy tego lata, bo temperatury w dolinach sięgały 35-37° Celcjusza, a wyżej w górach około 5° mniej. Momentami było to dosyć wykańczające, ale znaleźliśmy kilka sposobów na to, żeby nie dać się temu upałowi. Najważniejsze to pamiętać o minimalizowaniu ekspozycji ciała na słońce żeby nie nabawić się poparzeń, nakryciu głowy i piciu dużej ilości wody. Nam pogoda sprzyjała, ale gdybyśmy zaplanowali wyjazd tydzień później – aura nie byłaby tak kolorowa i pewnie przywieźli byśmy odrobinę odmienne doświadczenia. W dniu, w którym wracaliśmy z urlopu, w Chamonix było już tylko 18 stopni i padał deszcz. Taka prognoza była zapowiadana na kolejne kilka dni. Planując wyjazd pamiętajcie, że mówimy o trekkingu w wysokich górach, gdzie trzeba być przygotowanym na wszelkie ewentualności. Włącznie z ujemną temperaturą i opadami śniegu pod koniec sierpnia – true story. Jeśli macie taką opcję nie rezerwujcie podróży na konkretny termin, ale dajcie sobie możliwość ewentualnego przesunięcia planu w zależności od prognoz. My swój plan przesunęliśmy o kilka dni, z powodu zawirowań zawodowych, dosłownie na tydzień przed wyjazdem i finalnie trafiliśmy w dyszkę.

Ponieważ trasa zatacza krąg to za punkt początkowy / końcowy możecie wybrać sobie dowolne miejsce. My postanowiliśmy zacząć i skończyć klasycznie czyli w Les Houches tuż obok Chamonix-Mont-Blanc. Na trasie spotkaliśmy jednak wiele osób, które wyruszyły na szlak z Courmayeur we Włoszech. To drugie po Chamonix największe miasto na szlaku.

Przygotowania

Bezdyskusyjnym pomocnikiem w przygotowaniu do wyjazdu okazał się przewodnik wydawnictwa Cicerone, który jest skarbnicą praktycznych informacji na temat szlaku. Według przewodnika klasyczne przejście TMB zajmuje 11 dni. Zakłada on, że każdą noc spędza się w jednym ze schronisk lub miasteczek. My zaplanowaliśmy na przejście 9 dni. Finalnie ze względu na grupę dziarskich staruszek plan się odrobinę zmienił, ale o tym później 🙂 

Ponieważ nie zakładaliśmy, że każdego dnia będziemy nocować w schroniskach, potrzebowaliśmy rzetelnych informacji o możliwościach biwakowania na dziko oraz bazie kempingowej. W tym pomógł nam Komoot, Mapy Google, oraz oficjalna strona TMB. Na podstawie szlaków zapisanych przez użytkowników aplikacji Marcin przygotował 9-dniowy plan – z dokładnym rozkładem trasy, przewyższeniami oraz punktami noclegowymi. Jak się okazało na miejscu – plan był praktycznie codziennie modyfikowany. 

Ekwipunek

TMB to nie nasza pierwsza wyprawa z plecakiem, ale pierwsza na tak długi trekking. Wiedzieliśmy, że musimy zawartość tych plecaków dobrze przygotować. Już na kilka tygodni przed wyjazdem uzupełniliśmy sprzęt, zapisywaliśmy wagę poszczególnych elementów ekwipunku, a na tydzień przed wyjazdem zrobiliśmy próbę generalną pakowania i ważenia. Dzięki temu okazało się, że mój plecak jest za mały i musiałam pożyczyć na szybko inny od koleżanki. Poniżej umieściliśmy dla Was zawartość naszych plecaków rozpisaną na dosłownie każdy gram. Według pewnych źródeł było to dla każdego z nas o kilka kilogramów za dużo, w stosunku do masy ciała. Gdy jednak dobrze zastanowiliśmy się nad ich zawartością… niestety nie było w naszych plecakach prawie nic z czego powinniśmy zrezygnować. Można oczywiście założyć, że będziecie się stołować w schroniskach i restauracjach na szlaku. Wtedy odpada Wam kilka kilogramów batoników, owsianek, tuńczyka w puszce, kilka awaryjnych liofilizatów, kuchenka i naczynia. To samo dotyczy noclegów – jeśli zakładacie nocleg w schronisku lub hotelach – bagaż zmniejsza się o wagę i pojemność wspólnego namiotu, dwóch śpiworów i mat samopompujących.

Nie licząc aparatu, którym było robione zdjęcie to nasz kompletny ekwipunek.
Dojazd

Do Chamonix dojechaliśmy samochodem. Trasę z Warszawy do Chamonix przez Niemcy i Szwajcarię pokonaliśmy w 16 godzin. Wyruszyliśmy z Warszawy około godziny 17. Na miejsce dotarliśmy około 8:30 rano. Wybierając trasę przez Szwajcarię w kosztach należy uwzględnić zakup winiety autostradowej (cena w 2019 roku to 40 CHF) Można ją zakupić na granicy. Drobna rada dotycząca tankowania – nie liczcie na tanie tankowanie w Bazylei jeśli przejeżdżacie przez nią w nocy… My straciliśmy przez takie nastawienie około 20 EUR – musieliśmy zatankować na stacji tuż przy granicy i przepłaciliśmy 0,7 EUR/l paliwa. 

Do Chamonix można dostać się również samolotem – do Genewy i stamtąd pociągiem. Spotkaliśmy na trasie dziewczyny z Katowic, które ruszyły na szlak z Courmayeur. Dotarły tam Flixbusem przez Mediolan za 59zł 😀 

Opcji jest sporo – wszystko zależy od budżetu i czasu. 

Początek podróży

Ponieważ przyjechaliśmy do Chamonix o godzinie 8:30 rano po kilkunastogodzinnej podróży wcale nie mieliśmy zamiaru ruszać za chwilę na szlak. Planowaliśmy zrelaksować się jeden dzień przed wyjściem. Punktem docelowym naszej trasy z Polski było pole kempingowe w Les Houches, gdzie według oficjalnych zaleceń z przewodnika rozpoczyna się szlak. Okazało się jednak, że wybrane pole jest w tym sezonie zamknięte z powodu budowy wyciągu narciarskiego. Szybkie poszukiwania w Google i znaleźliśmy zagłębie kempingów w Les Bossons. Stając w drzwiach recepcji Camping Des Ecureuils o godzinie 9 rano i pytając o dostępność miejsc na dzisiaj spotkaliśmy się z zabawnym grymasem na twarzy Pana Kierownika. Oczywiście miejsca były dostępne, ale po godzinie 12 🙂 Po opłaceniu kempingu, zostawiliśmy auto na parkingu i korzystając z darmowego biletu na lokalne autobusu (bilet dostaliśmy w recepcji pola namiotowego) udaliśmy się na spacer po Chamonix oraz po ostatni brakujący element ekwipunku – drukowaną mapę szlaku TMB. Nie zdecydowaliśmy się na zakup przez internet ani w warszawskich sklepach podróżniczych bo liczyliśmy na to, że na miejscu zdobędziemy najlepszą możliwą wersję. Tutaj przytrafił nam się pierwszy tzw. facepalm wyjazdu bo przepłaciliśmy za mapę jakieś 6 EUR. Najtańszą mapę znajdziecie w sklepie z plakatami przy Avenue Michel Croz, a identyczną mapę można kupić w Sklepie Podróżnika w Warszawie.

Dzień przed wyruszeniem na szlak spędziliśmy spacerując po Chamonix, podziwiając królujący nad miasteczkiem szczyt Aiguille du Midi oraz zbocza gór po przeciwnej stronie doliny. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że za kilka dni to właśnie tam będziemy pokonywać ostatnie kilometry naszej wycieczki.

Dzienniczek

Dzień 1

plan: Les Houches - Les Contamines

rzeczywistość: Les Houches - Refuge de la Balme

czas: 9:10

dystans: 27,8 km

podejścia: 1479 m

zejścia: 894 m

Pierwsze kroki na szlaku postawiliśmy około godziny 10:30 w Les Houches. Już na starcie przeszliśmy bonusowy 1 km bo nawet posiadając w zegarkach szlak trasy mieliśmy problem ze zlokalizowaniem jej początku. Wcześniej odstawiliśmy samochód na oficjalnym bezpłatnym parkingu TMB, który znajduje się tuż obok stacji kolejki Prarion. Ma nawet swoją broszkę w Google Maps. Trasa w Les Houches rozpoczyna się przy schodkach obok jednego z domów przy ulicy Rue de Bellevue. Po wyjściu z parkingu trzeba rozglądać się po ustawionych na chodnikach oznaczeniach szlaków. Jeden z nich wskaże Wam kierunek na Les Contamines ze znaczkiem <TMB>. Tutaj właśnie zaczyna się wasza przygoda. Godzina 10:30 przy dosyć upalnej aurze na pierwsze podejście 600m w górę to nie był dobry początek. Słońce jest już w Zenicie, a nogi i serducho nie przyzwyczajone jeszcze do górskiego wysiłku zaczynają trochę świrować. Nasze pierwsze podejście było dla mnie dosyć traumatyczne, bo nie spodziewałam się, że mój organizm tak źle zareaguje na nową sytuację. Ruszamy na TMB! 167km?! Czy ja dam radę!? Z tym wielkim plecakiem?! W takiej sytuacji dłuższa przerwa w cieniu na złapanie oddechu i przemówienie do swojego “móżdżka” to jedyne dobre rozwiązanie. Do tego jeszcze wsparcie troskliwego partnera i wszystko robi się przyjemniejsze. I jak zwykle potwierdza się zasada –  w kryzysowych sytuacjach, tylko spokój może nas uratować.

Pierwszy dzień był rozgrzewką, musieliśmy się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. Nie spieszyliśmy się. Przejście do Les Contamines było dosyć mocno zacienione, ale nadal byliśmy na niedużej wysokości, więc ciepełko dawało się we znaki. Po drodze minęliśmy schronisko na Col de Voza. Na trasie do Les Contamines nawiązaliśmy rozmowę z grupą 6 Pań w wieku naszych Mam (60-65+), które również tego dnia zaczęły TMB “na lekko”. Miały tzw support – ktoś przewoził im bagaże z miejsca na miejsce. Panie planowały przejść szlak w 8 dni… To był pierwszy moment, kiedy Marcin stwierdził, że skoro one mogą to zrobić w 8 dni to my tym bardziej!

Do miasteczka dotarliśmy około godziny 17 i stwierdziliśmy, że mamy jeszcze sporo czasu do zachodu Słońca i nadal sporo sił, więc może by tak przejść jeszcze kawałeczek? Po przerwie na sałatkę z tuńczyka z bagietką z pobliskiego Carrefoura zdecydowaliśmy, że ruszamy do Refuge de la Balme  na miejsce oznaczone jako bivouac Według przewodnika do miejsca mieliśmy 3 godziny drogi. 

Na łąkę będącą oficjalnym bezpłatnym polem biwakowym tuż obok schroniska dotarliśmy około godziny 21. Mieliśmy już kilku sąsiadów, którzy słodko spali w namiotach. Taki biwak to miejsce gdzie zwykle nie ma żadnej infrastruktury. Tutaj z powodu bliskości schroniska dostępne było źródełko z wodą pitną oraz toaleta publiczna. Ponieważ zdecydowaliśmy, że nie chcemy powtarzać błędu z poranka i wyruszać znowu na szlak “w środku dnia”, bardzo szybko po przybyciu na miejsce wtuliliśmy się w nasze śpiworki i poszliśmy spać.

Dzień 2

plan: Refuge de la Balme - Refugio Elizabetta

rzeczywistość: Refuge de la Balme - Refuge des Mottets

czas: 9:30

dystans: 19,2 km

podejścia: 1161 m

zejścia: 1002 m

Mocno zmotywowani po naszym małym sukcesie pierwszego dnia – przejściu 1,5 odcinka w około 10 godzin, ruszyliśmy rano z kolejnym ambitnym planem. Tym razem pobudka o 8 – i tak jako jedni z ostatnich na naszej łączce, szybka owsianka i ruszamy w trasę.

Publiczna toaleta w okolicy biwaku

Plan zakładał przejście na włoską część szlaku do Refugio Elizabetta korzystając z alternatywnego fragmentu TMB przez drugi najwyższy punkt na szlaku – Col de Fours. Taka trasa miała nam umożliwić ominięcie Les Champieux i szybkie przejście do Włoch. Pomimo iż ruszyliśmy około 9 rano, już chwilę później czuć było w powietrzu, że przed nami kolejny gorący dzień. Ponieważ po pierwszym dniu nabraliśmy świadomości, że nie jesteśmy na stałe przykuci do planu, więc zmieniliśmy podejście, zluzowaliśmy,  nie spieszyliśmy się. W pewnym momencie jednak zauważyliśmy, że nasz plan rozjeżdża się czasowo z założeniami przewodnika i Komoota. Wariant alternatywny okazał się być mocno wymagającym podejściem, bardzo eksponowanym na Słońce, z jeszcze bardziej wymagającym kamienistym zejściem. Do Ville des Glaciers dotarliśmy około 17:30. Stąd powinniśmy przejść jeszcze 2,5 godziny do przełęczy i kolejną godzinę do schroniska. Jednak zmęczeni całym dniem w pełnym Słońcu i po bardzo obciążającym nogi zejściu zdecydowaliśmy, że kończymy dzień w schronisku Refuge des Mottets. Naszą decyzję ułatwiła informacja o wolnych łóżkach w schronisku, ale też opcja spania na dziko na pobliskiej łączce z możliwością wykupienia prysznica w schronisku. 

Pobliska łączka okazała się być co prawda jakieś 5 minut i 10 pięter drogi pod górkę od schroniska, ale było warto 🙂 Okazało się, że naszymi sąsiadkami były przeurocze dziewczyny z Katowic,  które doradziły nam kilka rzeczy na temat szlaku, a ponieważ następnego dnia kończyły swoją przygodę z TMB oddały nam swoje notatki ❤

Dzień 3

plan: Refuge des Mottets - Courmayeur

rzeczywistość: Refuge des Mottets - Courmayeur

czas: 9:40

dystans: 25,4 km

podejścia: 1147 m

zejścia: 1821 m

Po przygodach poprzedniego dnia wiedzieliśmy, że w zależności od formy nasz plan może ulec jeszcze większej zmianie bo mieliśmy do nadrobienia odcinek z dnia poprzedniego. Jednak jak można było się spodziewać sprostaliśmy zadaniu :p. Po przejściu przez Col de Seigne weszliśmy na włoską część szlaku. Moim zdaniem najpiękniejszą, najbardziej malowniczą i zróżnicowaną jeśli chodzi o przejście. Po 3-3,5 godzinach marszu dotarliśmy do Refugio Elizabetta, w którym planowaliśmy poprzedni nocleg. Po krótkiej przerwie na pyszne ciacho ruszyliśmy dalej.

Na tym etapie warto wiedzieć, że jeśli mapa na odcinku z Pra Neiron do Courmayeur pokazuje prostą kreskę z poziomicami zagęszczającymi się niczym warstwy w Marcinku (Tradycyjne ciasto z Podlasia) to niekoniecznie musi to być łatwe zejście. Ostatnie 4km do miasteczka to istna próba wytrzymałości i cierpliwości nawet najwytrwalszych piechurów. Szlak prowadzi przez las, wąską, stromą i bardzo krętą piaszczystą ścieżynką. Do Courmayeur dotarliśmy wykończeni. Przy życiu trzymała nas perspektywa upragnionej pizzy w restauracji, oraz pierwszy od 3 dni kemping i prysznic. Ten był co prawda jeszcze 6km od miasta, ale trochę oszukamy i weźmiemy autobus. Najedzeni i szczęśliwi idziemy na przystanek, gdzie nie małym zaskoczeniem była informacja, że ostatni dzienny autobus odjechał o 19:30, a nocny kursuje dopiero od 22:15. Była 20… Mieliśmy do wyboru 3 opcje: kolejne 6 km na piechotę asfaltem pod górę, czekanie 2 godziny na przystanku na autobus, albo taksówka. Dla ludzi o mocnych nerwach: koszt taksówki z miasta na Camping des Grandes-Jorasses – 15 minut drogi to standardowo 35 EUR. Wybrałam opcję 3. To drugi facepalm wyjazdu.

Dzień 4

plan: Camping Grandes Jorasses - Chalet De La Peule

rzeczywistość: Camping Grandes Jorasses - La Fouly

czas: 9:30

dystans: 25,9 km

podejścia: 1390 m

zejścia: 1305 m

Dzień zaczęliśmy spokojnie od leniwego śniadania i kawy z kawiarni  na polu namiotowym, uzupełniliśmy zapiski w dzienniku i dopiero około 10:30 ruszyliśmy na szlak. Dzisiejszy plan zakładał kolejne długie przejście, sporo przewyższeń, wejście na Col Gran Ferret i rozpoczęcie szwajcarskiego odcinka szlaku. Po około godzinie spotkaliśmy kobietę z córką idącą w przeciwnym kierunku. Zaczepiła nas mówiąc, że 15 minut dalej droga się osunęła i musimy zawrócić. Podziękowałam i chciałam zawrócić, w końcu dzięki komuś zaoszczędzimy niepotrzebnego trudu, ale Marcin jak to Marcin ocenił turystkę na niezbyt wprawionego piechura i stwierdził, że musi sprawdzić samemu. Dobrze, że postawił na swoim bo okazało się, że droga faktycznie się osunęła, ale 3 metry wyżej było już ładnie wydeptane bezpieczne przejście. Taka nauka, że w górach często trzeba brać poprawkę na to co mówią inni turyści, ta kobieta chciała dobrze, ale jak doszła do przeszkody to zamiast się rozejrzeć po prostu zawróciła nakładając parę godzin drogi.

Około godziny 17 dotarliśmy do schroniska Refugio Elena, stąd jeszcze tylko 460m w górę. Na tym odcinku spotkaliśmy grupę Polaków pokonujących TMB na rowerach górskich. Zamieniliśmy z nimi tylko kilka słów, a szkoda, bo byliśmy dosyć ciekawi jak wygląda logistyka takiej wycieczki. Po przejściu na szwajcarski odcinek szlaku krajobraz zupełnie się zmienił. Nie było już widać masywu Mont-Blanc, a wokół rozpościerały się łąki zamieszkałe przez gromady uciekających przed nami świstaków. Zgodnie z informacją od koleżanek z Katowic liczyliśmy na możliwość rozbicia namiotu tuż przy domku w La Peule, około 2,5h drogi od przełęczy. Możliwość była, ale byłby to nasz najdroższy kemping w życiu. Pani zażyczyła sobie 50CHF przy czym wytłumaczyła, że prysznic jest już w cenie. Stwierdziła też, że jeśli nie chcemy spać u niej to około 15 minut drogi w dół jest miejsce gdzie możemy się rozbić z namiotem. Wydawało nam się to dziwne, biorąc pod uwagę, że wszyscy ostrzegają, że spać na dziko w Szwajcarii nie można. Ale Pani była pewna tego co mówi, więc uznaliśmy, że sprawdzimy tą opcję. I tak musimy zejść dalej w dół. Po 15 minutach takiego miejsca nie znaleźliśmy. Dopiero po 40 minutach dotarliśmy do wypłaszczenia (parkingu) z wielkim znakiem zakazu biwakowania od 22 do 9 rano. W tej sytuacji zostało nam już tylko dotrzeć do oddalonego o 4km La Fouly z normalnym polem namiotowym. Trasa wiodła płaską asfaltową drogą i na początku pogodziliśmy się z kilkoma dodatkowymi kilometrami. Po paru minutach drogą zaczęły jechać auta – jedno za drugim, więc stwierdziliśmy, że może to nasza szansa i postanowiliśmy złapać stopa. Po kilku próbach udało się! Przemiły Pan, nie znający ani słowa po angielsku odstawił nas w ciągu niespełna 5 minut pod recepcję pola namiotowego Camping des Glaciers. Na szczęście tutaj cena za nocleg była bardziej znośna.

Dzień 5

plan: La Fouly - Champex-Lac

rzeczywistość: La Fouly - Champex-Lac

czas: 7:15

dystans: 19,3 km

podejścia: 561 m

zejścia: 650 m

Wiedząc, że przed nami najkrótszy, najmniej wymagający i najnudniejszy około 17km odcinek szlaku, nie spieszyliśmy się z wyjściem. Marcin skoczył nawet po świeże bułki na śniadanie i zjedliśmy pyszne kanapki z szyneczką, serem i pomidorem. W La Fouly jest kilka sklepów i knajpek więc jeśli macie czas, warto uzupełnić zapasy. Z pola namiotowego wyruszyliśmy około 10:30. Droga wiodła cały dzień głównie przez las. Było też dosyć tłoczno. Przez sporą część dnia mijaliśmy się z wieloma grupami turystów. Spotkaliśmy również kolejną parę z Polski. Po około 6-ciu godzinach marszu dotarliśmy do celu. Centrum miasteczka Champex-Lac skupia się przy brzegu uroczego jeziorka. Krystalicznie czysta woda zachęcała do kąpieli, jednak ponieważ największy w miasteczku sklep zamykał swoje wrota o godzinie 18, musieliśmy skupić się na rzeczach ważnych i uzupełnić zapasy. Spodziewaliśmy się, że przez kolejne dni, praktycznie do Chamonix może być ciężko z zakupami. Tego dnia już około godziny 20 byliśmy gotowi do spania. Przygotowaliśmy też kolejną aktualizację naszego planu – ta już bezdyskusyjnie zakładała ukończenie TMB w 8, a nie 9 dni. Czuliśmy, że jesteśmy nadal w dobrej formie i że jeśli nie zepsuje się pogoda to taki plan jest w naszym zasięgu. Przypomniały nam się wtedy słowa koleżanek z Katowic, które powiedziały, że po kilku dniach nogi się rozchodzą, a plecy przyzwyczają do ciężaru i marsz będzie się wydawał lżejszy. Rzeczywiście coś w tym było.

Dzień 6

plan: Champex-Lac - Refuge du Col de Balme

rzeczywistość: Champex-Lac - Refuge du Col de Balme

czas: 9:20

dystans: 23,3 km

podejścia: 1601 m

zejścia: 907 m

Tego dnia mieliśmy przed sobą chyba największą jak do tej pory sumę przewyższeń do pokonania. 1600m w górę i 900m w dół. Całość podzielona na dwa etapy – pierwszy do Col de la Forclaz (700m w górę) i drugi popołudniowy do schroniska na Col de Balme (860m w górę), gdzie zaplanowaliśmy dzisiejszy nocleg. Łóżka zarezerwowaliśmy poprzedniego dnia wieczorem. Pierwszą część trasy pokonaliśmy w super tempie 4h50’. Etap ten nie był jednak przyjemny ze względu na duży tłok na szlaku. Było bardzo gorąco i każdy co chwilę chciał przycupnąć w cieniu, a to wywoływało nawet chwilowe przestoje na podejściu. Na Col de la Forclaz podnieśliśmy sobie poziom cukru dzięki zimnej Coca-Coli i w płaskim terenie ruszyliśmy w okolice pola biwakowego w La Peuty gdzie miało się zacząć kolejne podejście.

prawie jak husarz tylko bagietki trochę za krótkie

Tutaj odpoczęliśmy w cieniu pod altanką należącą chyba do właściciela pola namiotowego i mentalnie przygotowaliśmy się na katorżnicze podejście na przełęcz. Drogowskaz mówił o czasie 2h30’. Nam udało się dotrzeć do celu w 2h50’, co jest niezłym rezultatem biorąc pod uwagę afrykański upał, przez który robiliśmy sobie dosyć częste przerwy. Schronisko na Col de Balme okazało się być jednym z najskromniejszych na szlaku. Do tego miało jeden spory minus – brak bieżącej wody, a co za tym idzie prysznica. Może dlatego schronisko nie było tak oblegane jak inne na szlaku? Tej nocy poza opiekunem schroniska i naszą dwójką, w schronisku spały jeszcze tylko 4 osoby. Tamtejsze drobne niedogodności wynagradza jednak widok z okna… Ah co to był za widok! Po pokonaniu nudnej szwajcarskiej części szlaku, ponownie naszym oczom ukazał się Mont Blanc. Tego wieczoru i tego zachodu Słońca, nie zapomnimy chyba nigdy.

Dzień 7

plan: Col de Balme - Lac Blanc

rzeczywistość: Col de Balme - Lac De Cheserys

czas: 9:16

dystans: 17,2 km

podejścia: 1163 m

zejścia: 1154 m

Śniadania w schronisku są podawana już o 7 rano. Dlatego ten dzień zaczęliśmy pobudką o 6:30, a chwilę przed 8 byliśmy już na szlaku. Po tygodniu wędrówki przyzwyczailiśmy się do wczesnego wstawania. Wiedzieliśmy, że przy panujących upałach dobrze jest przejść spory kawałek trasy rano, zanim uderzy największy gorąc. 

wschód słońca na Col de Balme

Około godziny 11 dotarliśmy do Tre-le-Champ i według wskazówek szlaków mieliśmy stamtąd 3h do jeziorka Lac Blanc. Szukając źródełka z wodą trafiliśmy na bardzo uroczą knajpkę Auberge La Boerne i postanowiliśmy zjeść tam normalny obiad. Była to miła chwila relaksu przed jednym z trudniejszych odcinków szlaku. Wiedzieliśmy, że gdzieś przed nami na wysokości Argentiere czeka na nas spora formacja drabinek. Przewodnik określił ten fragment szlaku jako najtrudniejszy technicznie i opisał to przejście z dużą dozą dramaturgii. Dlatego nasza dwójka – Marcin z lękiem wysokości i strachliwa Magda – chcieliśmy mieć to już za sobą.

Drabinek i łańcuchów na tym odcinku jest rzeczywiście sporo, ale nie mają one bardzo dużej ekspozycji więc pokonuje się je bez większych problemów nawet z dużymi plecakami. Celem naszego marszu było Lac Blanc bo zgodnie z informacją od koleżanek z Katowic podobno można tam biwakować. Po drodze minęliśmy jezioro Cheserys i widzieliśmy, że tam jest sporo miejsca na rozbicie namiotu, ale stwierdziliśmy, że fajniej będzie przy schronisku. Do schroniska dotarliśmy około 17 i niestety okazało się, że spać można właśnie przy jeziorku niżej, a nie przy Lac Blanc. Zatem czekało nas jeszcze około 20 – minutowe zejście. Wejścia do Lac Blanc nie żałujemy bo byliśmy świadkami akcji dostawy towaru do schroniska za pomocą helikoptera. Helikopter zawisł w powietrzu dosłownie 10 metrów nad naszymi głowami. Zostawił big baga z zapasami i odleciał 🙂 Fajny widok i niezła siła – porozrzucała wszystkie krzesła z tarasu schroniska. 

Gdy ponownie dotarliśmy nad jezioro Cheserys okazało się, że swoje biwaki rozstawili już inni piechurzy. Zanim zrobiło się całkiem ciasno wykąpaliśmy się jeszcze w jeziorku z lodowatą wodą (Marcin twierdzi, że była całkiem ciepła) i przystąpiliśmy do akcji uzdatniania wody na ostatni już dzień marszu. Ta dostępna dookoła nie jest zdatna do spożycia. Dobrze, że w pierwszej kolejności ugotowaliśmy wodę na liofilizat bo w trakcie gotowania 3 garnka w naszej butli skończył się gaz… Oznaczało to, że kolejny dzień marszu zaczniemy z mniejszym zapasem wody niż zwykle i musimy go szybko uzupełnić.

Dzień 8

plan: Lac De Cheserys - Les Houches

rzeczywistość: Lac De Cheserys - Les Houches

czas: 11:50

dystans: 27,6 km

podejścia: 1012 m

zejścia: 2116 m

Tego dnia już o godzinie 7 rano temperatura w namiocie zrobiła się zaskakująco wysoka i nie dało się dalej spać. Brak gazu w butli sprawił, że śniadanie było bardzo ekspresowe – zjedliśmy ostatnie dwa energy bary. O 7:50 po raz ostatni na TMB uruchomiliśmy nasze zegarki licząc, że do przejścia mamy około 20km. Po 20 minutach wróciliśmy na szlak Grand Balcon Sud i ruszyliśmy w stronę La Flegere.

Szlak wcale nie był taki prosty i płaski jak słyszeliśmy zatem osiągnięcie wysokości schroniska nie szło tak gładko jak się spodziewaliśmy. Dodatkowo tego dnia upał był już zupełnie nie do wytrzymania, a w naszych bukłakach w sumie jakieś 3 litry wody na naszą dwójkę. Mimo cichych nadziei przy La Flerege nie znaleźliśmy źródełka więc kolejne 2 godziny do Plan Praz szliśmy bardzo oszczędzając wodę.
W efekcie w restauracji Altitude 2000 pobiliśmy chyba rekordy w piciu Coca-Coli na czas. Po krótkiej przerwie i uzupełnieniu bukłaków mieliśmy przed sobą ostatnie na szlaku podejście 700m w kierunku Col de Brevent i samego szczytu Brevent. To podejście też przyprawiło nas o lekki niepokój. Od naszej strony szczyt wyglądał jak naga skalna ściana. W przewodniku na dodatek opisana była jakaś wąska skalna “hollow”, z której wydostanie się po dwóch drabinkach może sprawiać problem dla turystów z dużymi plecakami. Ale nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy się tam jakoś dostać.

Finalnie ta “hollow” to przyjemny zacieniony wąwóz skalny, drabinki były bardzo krótkie, a sama końcówka drogi na szczyt to nartostrada poprowadzona po drugiej stronie tej nagiej ściany. Na samej przełęczy korzystając z pustki na trasie puściliśmy muzykę z telefonu i postanowiliśmy zrobić swoją lekcję swinga. Około godziny 15 zdobyliśmy ostatni punkt na szlaku. La Brevent – 2530 m.n.p.m., leży dosłownie na przeciwko szczytu Mont Blanc. Widok na Białą Górę z tej perspektywy jest powalający. Dla leniuszków jest opcja dostać się tam kolejką gondolkową z Plan Praz.

Po krótkiej sesji zdjęciowej na szczycie rozpoczęliśmy już ostatni odcinek szlaku – 1500m w dół na parking w Les Houches. Od dwóch dni słyszeliśmy, że tego dnia miała się załamać pogoda i już na szczycie widać było, że prognoza raczej się sprawdzi. Nad Mont Blanc, ale i nad nami zaczęły się zbierać bure chmury. Mniej więcej po 40 minutach zejścia zaczęliśmy wyścig z czasem, bo nieśmiałe pomrukiwania burzy słychać było coraz częściej i coraz głośniej. W schronisku Bel-Lachat, w którym planowaliśmy zjeść coś porządnego tylko kupiliśmy batoniki i dosłownie pobiegliśmy dalej w dół, żeby schować się w lesie zanim zacznie lać. Już w zalesionej partii gór spotkaliśmy dwóch wyluzowanych gości palących fajkę. Zapytani czy nie boją się burzy wzruszyli ramionami. Jeden z nich powolnym ruchem wskazał szczyt góry i powiedział “Better here than there”. Jeśli o nas chodzi to nic tak nie motywuję jak widok piorunów na sąsiedniej przełęczy. Na dół dosłowanie zbiegaliśmy jak poparzeni. Niestety nie udało nam się przejść Tour Du Mont Blanc suchą stopą. Na około 50-60 minut przed Les Houches zaczęło padać i po raz pierwszy wyciągnęliśmy pokrowce na plecaki i kurtki przeciwdeszczowe. Do parkingu musieliśmy przejść jeszcze całe miasteczko. Finalnie około 19:40 dotarliśmy do auta. Pokonany dystans to 27km. Ostatni dzień okazał się być najdłuższym na szlaku – spędziliśmy w drodze z przerwami 12 godzin. Udało się! Przeszliśmy całe Tour du Mont Blanc.

Kilka słów o:

możliwościach spania “na dziko” na szlaku

Ponieważ szlak przebiega przez 3 różne kraje warto znać zasady dotyczące możliwości spania “na dziko” w każdym z nich. We Francji jest to dopuszczalne. Poza napotkanymi kilka razy na szlaku specjalne oznaczonymi “bivouac” – czyli miejscami do biwakowania, widzieliśmy ludzi obozujących na łąkach czy przy schroniskach. Nikt nikomu nie robił z tym problemu. Jeśli chodzi o Włochy – niestety nie wiemy jak jest w praktyce. W teorii podobno spanie na dziko jest niedozwolone i karane wysokimi grzywnami. Podobnie jest oczywiście w Szwajcarii. Na szczęście nie doświadczyliśmy tych kar na własnej skórze, ale czwartego dnia trekkingu przytrafiła nam się całkiem zabawna historia właśnie w temacie noclegów na dziko w tym uporządkowanym kraju 🙂

schroniskach na szlaku

Alpejskie schroniska to trochę inna bajka niż nasze tatrzańskie podwórko. Po pierwsze cena delikatnie odbiega od polskich standardów  – około 45-50,- EUR za noc. Po drugie w refuge albo po włosku refugio nie ma tak zwanej “gleby”. Dodatkowo pobyt w schronisku z reguły obejmuje tak zwane niepełne wyżywienie (kolacja i śniadanie). Jeśli chodzi o kolację to w zależności od schroniska możecie trafić na alpejską ucztę z winem, albo na skromne francuskie alpejskie przysmaki. Planując TMB nie zakładaliśmy noclegów w schroniskach. Stwierdziliśmy, że jeśli zajdzie taka potrzeba to w trakcie pobytu zarezerwujemy jeden lub dwa noclegi. Według przewodnika oraz poradników, lepiej zarezerwować nocleg w schronisku z wyprzedzeniem, bo ilość miejsc jest ograniczona. W naszym przypadku zupełnie nie mieliśmy takiego problemu – na 3 schroniska, w których pytaliśmy o nocleg z dnia na dzień lub nawet z godziny na godzinę (Refugio Elizabetta, Refuge des Mottets, Refuge Col de Balme) – nie było problemów z rezerwacją, ostatecznie skorzystaliśmy tylko z jednego.

możliwościach zaopatrzenia na szlaku

Udając się na szlak z założeniem żywienia na własną rękę, trzeba pamiętać, że większość czasu spędza się jednak w górach i nie ma sklepów na każdym rogu. Sklepy spożywcze bez problemu znajdziecie w Les Contamines, Courmayeur, La Fouly i Champex-Lac. Wędrując przez Col de La Forclaz może uda Wam się tak jak nam kupić bagietki i jakieś słodycze. Kolejnym i ostatnim przed powrotem do Chamonix miejscem gdzie można zrobić zakupy jest podobno Argentiere, ale wiemy to tylko w teorii bo ominęliśmy ten punkt na naszej trasie.

wodzie na szlaku

Zapas wody na takim trekkingu w środku lata to podstawa. My ruszaliśmy codziennie rano w drogę mając zapas 3l wody na osobę. Marcin pił wodę dużo szybciej niż ja i zdarzało się, że w połowie dnia uzupełniał prawie pusty już wtedy bukłak. Praktycznie do 7 dnia trekkingu z uzupełnianiem wody nie było problemów. Przy każdym schronisku było źródełko. W każdej wiosce również były krany z wodą pitną. Dopiero od Col de Balme zauważyliśmy, że trudniej nam zlokalizować takie miejsca, wcześniej same rzucały się w oczy. Gdy ostatniego dnia wyruszaliśmy z małym zapasem wody na szlak, na odcinku od Cheserys do Plan Praz nie było żadnego punktu z wodą. Sprawę skomplikowało zamknięte w tym sezonie schronisko La Flegere. Ruszając na ostatnie podejście z Plan Praz na Brevent, pamiętajcie żeby uzupełnić bukłaki lub kupić dodatkowy zapas wody ponieważ już do samego Les Houches nie będzie takiej możliwości.

wydatkach

Poniższe zestawienie obejmują wszystkie wydatki od momentu wyruszenia z Warszawy do powrotu do domu zarejestrowane przez naszą dwójkę. Część zakupów spożywczych zrobiliśmy jeszcze w Polsce. Zestawienie nie uwzględnia również 3 liofilizatów, które zabraliśmy z domowych zapasów. Kategoria Przekąski głównie dotyczy drobnych przyjemności kupionych w schroniskach. Kategoria Restauracje obejmuje też nasz pierwszy dzień pobytu w Chamonix. Poza tym na szlaku tylko 3 razy jedliśmy w knajpach – pizza w Courmayeur, obiad w Tre-Le-Champ i zwycięski Kebab po zakończeniu szlaku.

  • Paliwo 903 zł

  • Opłaty drogowe (np. winieta) 154 zł

  • Transport lokalny 150 zł

  • Mapa 66 zł

  • Kempingi 441 zł

  • Schronisko 386 zł

  • Zakupy spożywcze 577 zł

  • Przekąski (np. cola i ciastko w schronisku) 429 zł

  • Restauracje 456 zł

Ekwipunek – dokładna lista

Poniżej znajdziecie nasz kompletny ekwipunek z podziałem na kategorie oraz dokładną masą każdego elementu. Jeśli tak jak Marcin wolicie korzystać z Google Spreadsheet to poniżej znajdziecie link.

Ekwipunek TMB – wersja na Google Spreadsheet

Staraliśmy się, żeby nasz bagaż był jak najlżejszy, w końcu musieliśmy go nosić na plecach. Zdajemy sobie jednak sprawę, że nie był to szczyt minimalizmu 😉 Patrząc z perspektywy odbytej podróży jesteśmy raczej zadowoleni z doboru ekwipunku. Poniżej lista przemyśleń Marcina:

    • kartusz z gazem – nam gaz skończył się przedostatniego dnia. Następnym razem wzięlibyśmy jeden większy lub jeden ekstra.
    • spodnie przeciwdeszczowe – nam akurat trafiła się ładna pogoda, ale przy takich temperaturach mokre spodnie nie są dużym problemem.
    • spodnie / spodenki – następnym razem ograniczyłbym się do jednych szybkoschnących spodni z odpinanymi nogawkami oraz jednej dodatkowej pary spodenek sportowych
Ekwipunek Marcina

Ekwipunek Magdy

Przydatne linki

  • Meteoblue – znajdziecie tutaj zarówno aktualne i archiwalne dane pogodowe
  • Autour Du Mont-Blanc – wydaje nam się, że to oficjalna strona szlaku. Niemniej najlepsze źródło informacji o schroniskach na szlaku
  • Mapa szlaku – najbardziej dokładna mapa TMB jaką znaleźliśmy. Posiadają bardzo dokładne zdjęcia satelitarne.
  • Komoot – bardzo fajna aplikacja do planowania trasy. Dobrej jakości mapy, wykresy wysokości, rodzaj nawierzchni, możliwość synchronizacji z telefonem lub zegarkiem sportowym
  • Google Maps – tutaj link do mapy przygotowanej na potrzeby naszego przejścia. Raczej z niej nie korzystaliśmy 😉
  • Ekwipunek – dokładny spis naszego ekwipunku na Google Spreadsheet
  • Daleko Od Domu – blog z, którego sami korzystaliśmy przy organizacji naszej wyprawy
  • Revolut – jak dla nas najlepsza opcja płacenia / wypłacania pieniędzy za granicą (na szlaku oczywiście gotówka :))

Mapy

Mapa na Komoot
Mapa na Google Maps

Klimat

Wykres przedstawiający dane klimatyczne dla oddalonego o 35 km od Chamonix miasteczka Bourg-Saint-Maurice. W celu wyświetlenia opisu klinik w wykres.